Czas mija bardzo szybko, za szybko.

Nie wiem, kiedy minęło 10 lat od tego wielkiego dla naszej rodziny zakonnej wydarzenia, jakim była beatyfikacja bł. Marii Celeste. Obrazy z tych dni, wspólnotowej pielgrzymki do Foggia i Scala są ciągle żywe w mojej pamięci.  Wyjeżdżając zdawałam sobie sprawę, że dla nas mniszek taka pielgrzymka będzie wymagająca, dlatego przyrzekłam Jezusowi, że przez te dni nie będę na nic narzekać ani marudzić. Chciałam zrobić wszystko ze swojej strony, żeby te dni były dla nas razem piękne. Jechałyśmy wynajętym busem razem z naszymi siostrami z Kazachstanu i z Ukrainy. Jechały z nami nasze oblatki i… moja mama. Pierwszy raz w moim zakonnym życiu takie wspólne spędzenie czasu było możliwe… Cieszyłam się bardzo, że ona mogła z bliska poznać miejsca, osoby, historie, o których jej przez lata opowiadałam. Także i ona stała się bliższa moim siostrom z włoskich wspólnot. Teraz, kiedy zmaga się z chorobą nowotworową okazało się to błogosławieństwem, bo kiedy kogoś się poznało, to modlitwa sama ciśnie się na usta… A one ją szczerze pokochały…

Przede wszystkim dla mnie było to wydarzenie, w czasie, w którego w moim sercu zapadły ważne decyzje, odnośnie jakości mojego życia. Myślę, że jakieś bardziej zasadnicze. Z jednej strony to na pewno łaska tego wyjątkowego czasu a z drugiej to owoc homilii, które wtedy usłyszałam: zarówno tej kard. A. Amato z beatyfikacji, jak i tej kard. S. De Giorgi z Mszy św. dziękczynnej – nazajutrz. Ta druga homilia chyba jeszcze bardziej zapadła mi w serce, bo czułam, że głosi ją człowiek, który dobrze zna i kocha moją Matkę, bł. M. Celeste, zna moc Jej świadectwa i wstawiennictwa a ona prowadzi go przez życie. To mnie pociągnęło, żeby żyć mocniej, wyraziście, klarownie tak, jak ona chciała od nas – swoich córek. Tak, jak Ona żyła. Nie wiem, czy to widać. Bóg zna nasze serca. Wiem, że bliskość, która się wtedy narodziła zmieniła mnie wewnętrznie, dała mi siłę i światło na moje życie.

s. Agnieszka Kot