O tym jak zostałam redemptorystką

Urodziłam się i wychowałam wśród prostych i pięknych ludzi na wsi, w Popowie niedaleko Łowicza. Tata prowadził warsztat ślusarski i zajmował się gospodarstwem, mama pracowała z nim w gospodarstwie oraz zajmowała się domem. Mam troje starszego rodzeństwa. Kochałam mój dom, rodzinę, sąsiadów, kochałam wieś i pracę w gospodarstwie. Kontakt z przyrodą sprawiał mi wiele radości i jak później zauważyłam, otwierał moje serce na Tego, który wszystko powołał do istnienia. Nauczyłam się żyć w rytmie wschodu i zachodu słońca, wiosny i jesieni, rodzenia i umierania. W chwilach wytchnienia lubiłam chodzić po polach i łąkach, podziwiając jak piękny jest świat, ile w nim harmonii i logiki, ile siły życia i nadziei.

Z pierwszych lat mojej edukacji pamiętam s. Teresę, dziś już nie żyjącą, która przyjeżdżała do nas rowerem i uczyła nas religii. Miała taką piękną twarz i bardzo dobre serce. Kiedyś zabrała mnie do ich klasztoru, miałam wtedy może 9 lub 10 lat, i wprowadziła do kuchni. Siostra kucharka poczęstowała mnie racuszkami z jabłkami. Nie zapomnę nigdy ich smaku i mojej radości z tego wyróżnienia.

Potem przyszło liceum ogólnokształcące. Lubiłam się uczyć, ale praca na wsi bardzo mnie angażowała i nie mogłam poświęcić tyle czasu ile było potrzeba. Młodzież ze szkół średnich uczęszczała na katechezy do ojców pijarów. W drugiej klasie moje koleżanki z LO zaangażowały się w oazę przy tym kościele i bardzo tym żyły. Ciągle o tym opowiadały i zachęcały, abym przyszła kiedyś na spotkanie. Tymczasem chodziłam tam na Msze Święte, które były bardzo żywe z udziałem zespołu młodzieżowego i scholi. Lubiłam te pieśni, podchodziłam blisko ołtarza bo chciałam jak najwięcej widzieć i rozumieć. Coś już wtedy
zaczęło dojrzewać w moim sercu. W końcu trafiłam na spotkanie oazy. Dziś wiem, że był to bardzo ważny moment w moim życiu. Siedzieliśmy w kręgu, pośrodku była zapalona świeca - znak, że Chrystus Zmartwychwstały jest pośród nas. Ktoś przeczytał fragment Pisma Świętego, ktoś inny wprowadzając w modlitwę powiedział, że kiedy czytamy Słowa Biblii, to Bóg do nas mówi, tu i teraz. Nie mogłam się oprzeć tej prawdzie: On mówi do mnie osobiście, więc nie ma na świecie nic ważniejszego niż Jego Słowa. Chciałam go słuchać, aby nie uronić ani słowa. Kupiłam sobie Nowy Testament i nie rozstawałam się z nim. Przerwy w szkole, oczekiwanie na przystanku, chwile przed snem, nawet po meczącym dniu, były okazja, by słuchać, co On do mnie mówi. Słowa te dawały mi radość, poczucie pokoju i jakieś światło na to, czym właśnie żyłam.
Nie mogłam zaangażować się w pełni w oazę, bo praca w polu i w domu nie pozwalała mi na to. Udało mi się jednak przeżyć kolejne stopnie oazy. Chłonęłam wszystko, co tam usłyszałam. Była to odpowiedz na to, czego w sercu potrzebowałam, aby zrozumieć po co żyję, co jest w życiu najważniejsze, dokąd zmierzam.

Studia rolnicze w Warszawie były dla mnie czasem dojrzewania, poznawania ludzi, a także zderzeniem ze smutną rzeczywistością, iż nie wszyscy czują i wierzą tak jak ja. Niedaleko akademika był kościół ojców jezuitów, ale w niedzielę trafiali tam tylko nieliczni z nas, chociaż wszyscy zapewne byli ochrzczeni. Początek w tym środowisku był dla mnie trudny. Przeżyłam pewnego rodzaju kryzys, pewnie konieczny do tego, aby wybrać Boga jako najwyższą wartość mojego życia. Po pierwszym roku bez kontaktu z żadną wspólnotą, czułam się jak rozbitek na pełnym morzu. Już nie miałam wątpliwości, że potrzebuję Chrystusa i Jego Kościoła, aby żyć.

Nawiązałam kontakt z ludźmi z oazy. Zaczęłam dzielić się moim doświadczeniem Boga żywego z koleżankami w akademiku, co zaowocowało regularnymi spotkaniami, na których czytałyśmy Pismo Święte i modliłyśmy się. W tym czasie po raz pierwszy do Polski przyjechał Ojciec Święty Jan Paweł II. Z placu Zwycięstwa zabrałam ze sobą bardzo ważne dla mnie słowa: „Człowieka nie można zrozumieć bez Chrystusa”. One pomogły mi bardziej rozumieć siebie i innych, za których czułam coraz większą odpowiedzialność.

            Kiedy zaczęłam myśleć o życiu zakonnym?

Było wiele takich momentów w mojej historii. Pierwszym z nich, jak mi się wydaje, było spotkanie z siostra Teresą i smakowite racuszki u sióstr. Potem spotkanie z Jezusem przez Jego Słowo w oazie, potem były różne piękne  i głębokie chwile przeżyte na kolejnych rekolekcjach oazowych w górach. W końcu chwile zadumy nad tym, co w życiu jest najważniejsze, kiedy z moją serdeczną koleżanką, w niedzielne popołudnia spacerowałyśmy po kolegiackim cmentarzu, aż po spotkania w głębi serca, sam na sam z Tym, który wszystko o mnie wie i nigdy nie przestaje mnie kochać.

W czasie studiów poznałam wielu wspaniałych ludzi, a wśród nich ówczesnego duszpasterza akademickiego z Gliwic, redemptorystę, ojca Jana Mikruta. Postrzegałam go jako człowieka Bożego, przejrzystego, który pomógł mi w  rozeznawaniu mojego powołania. Przez niego dowiedziałam się o istnieniu sióstr redemptorystek. Nie było ich jeszcze w Polsce, dopiero w tym czasie jedna z dziewcząt podjęła decyzję, by do nich dołączyć i wyjechała do Scala we Włoszech. Był to rok 1983. Bóg chciał bym i ja wkrótce stała się jedną z nich. W opatrznościowy dla mnie sposób usuwał po kolei przeszkody, które stawały przede mną. Ani język włoski ani nieznajomość tamtejszej wspólnoty nie powstrzymały mojej decyzji. W głębi serca czułam wielki pokój i pewność, że to On sam mnie prowadzi i chce, abym była redemptorystką.

Dlaczego klauzura?

Najprościej mówiąc chciałam oddać wszystko, do końca Bogu. Już wtedy miałam mocne doświadczenie mocy modlitwy wstawienniczej i tego, że może ona tak wiele u Boga. Nie chciałam się tylko modlić, ale cała stać się modlitwą. I tak się stało.

Od dnia mojego wstąpienia do klasztoru minęło już prawie 21 lat a ja wciąż dziękuję Bogu, że ujął mnie wtedy za rękę i poprowadził za Sobą.

          Życie we wspólnocie Najświętszego Odkupiciela – sióstr redemptorystek, jest bardzo zwyczajne, wypełnione modlitwą, pracą, spotkaniami z ludźmi. Jest jednak ogromnie dynamiczne. To miłość nadaje smak wszystkiemu, co stanowi nasz dzień. Kościół powierzył nam modlitwę liturgiczną i ona po Eucharystii stanowi centrum naszego życia. Praca  konieczna na utrzymanie, ta prosta w kuchni, w ogrodzie i ta przy maszynie do szycia czy przy komputerze nabiera wartości dzięki naszemu oddaniu wszystkiego Bogu w ślubach czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Teraz, On, Najświętszy Odkupiciel przemienia nas w siebie w każdej Eucharystii, modlitwie i spotkaniu z drugim człowiekiem. To On dzięki swej łasce czyni nas we wspólnocie swoją Żywą Pamiątką.

Bardzo ważna w naszej duchowości jest wspólnota. Kiedy Matka Celeste Crostarosa, włoska, osiemnastowieczna mistyczka, zapisała dla nas reguły, które jak sama mówiła Jezus odcisnął w jej sercu, podkreśliła, że „tak jak Trzy Osoby Boskie są jedno, tak my we wspólnocie mamy być jedno”, tylko w ten sposób wypełnimy naszą misję redemptorystek.

Do Polski przybyłyśmy w 1989 roku. Po trzech latach życia w małym domku, niedaleko sanktuarium w Tuchowie, przeniosłyśmy się do naszego nowego klasztoru w Bielsku-Białej.

 Podobnie jak dawne klasztory kontemplacyjne i nasz dom umieszczony jest na górze, nad miastem, aby być znakiem. Najnowszy dokument Stolicy Apostolskiej o życiu klauzurowym, porównuje  klasztory klauzurowe do  miasta położonego na górze, do latarni morskiej, która w czasie burzy, swoim małym, ale widocznym światłem  wskazuje rozbitkom kierunek nawigacji. I my, naszym życiem pozornie ukrytym dla świata, chcemy dziś przypominać naszym braciom w świecie o Bogu, który jest, który kocha nas jak swoje dzieci, który jak dobry Ojciec czeka na każdego z szeroko otwartymi ramionami, aby nas przygarnąć do swego miłującego serca.

Jestem szczęśliwa, że mogę być redemptorystką i moim życiem „będącym adoracją, uwielbieniem, wstawiennictwem, promieniować duchem miłości i sprawiać, by wszyscy ludzie odnaleźli Tego, który jest źródłem „obfitego odkupienia”.

W naszym życiu kontemplacyjnym jest dużo miejsca dla drugiego człowieka, tak dla siostry we wspólnocie, jak i dla tych, którzy czują się zagubieni, osamotnieni, którzy nie radzą sobie z różnymi problemami, potrzebują rozmowy, modlitwy i pocieszenia. Nasza kaplica jest otwarta dla wszystkich. Modlimy się razem z ludźmi. Tym, którzy pragną u nas przeżyć czas skupienia i refleksji udostępniamy nasze rozmównice i  towarzyszymy im, jeżeli tego potrzebują.

 s. Urszula Nowińska